Dymarki na łamach prasy w 2000 roku

Tygodnik Starachowicki, Nr 34 (347), str. 13.

„DZIĘKUJEMY ZA DYMARKI”

2 i 3 września 2000 r. w Nowej Słupi odbyły się XXXIV Dymarki Świętokrzyskie. Jest to impreza unikalna z racji walorów historycznych i naukowych oraz popularyzatorskich – każdy mógł zobaczyć wytop i wydobycie rudy żelaza.

Jej rangę podnosi fakt, że na terenie gminy Nowa Słupia prowadzone były badania starożytnego osadnictwa. Dymarki połączone były z prezentacją miejscowej tradycji i ludowej twórczości, regionalnym folklorem.

Nie zabrakło także godziwej rozrywki. Impreza spełniła także zadanie promocji całego regionu świętokrzyskiego.Organizatorzy XXXIV Dymarek Świętokrzyskich: Urząd Marszałkowski w Kielcach z Józefem Szczepańczykiem, marszałkiem; Starostwo Powiatowe w Kielcach z Jerzym Gałką, starostą; Gmina Nowa Słupia ze Zdzisławem Dudzicem, Świętokrzyskim Stowarzyszeniem Dziedzictwa Przemysłowego z Szymonem Orzechowskim , prezesem.

Organizatorzy imprezy serdecznie dziękują patronom merytorycznym: instytutowi Archeologii uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczo – Hutniczej oraz patronom: Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Generalnemu Konserwatorowi Zabytków w Warszawie, wojewodzie świętokrzyskiemu Wojciechowi Lubawskiemu i Świętokrzyskiemu Wojewódzkiemu Konserwatorowi Zabytków w Kielcach Annie Piaseckiej, a także patronom medialnym: Telewizji Polskiej S.A. Oddział Kraków, Słowu Ludu i radiu Kielce S.A.

Imprezę zorganizowano dzięki wsparciu licznych sponsorów, którymi byli: Almatur z Ostrowca Świętokrzyskiego, Nadleśnictwo ze Staszowa, z Daleszyc, z Ostrowca Świętokrzyskiego, z Łagowa, Auto – Skar ze Skarżyska – Kamiennej, Era GSM – salon firmowy z Kielc, FU Kisiel z Górna, IWBUD z Rudek, Poczta Polska, Świętokrzyska regionalna Kasa Chorych w Kielcach, SPGZOZ w Nowej Słupi, Warta TUiA O/Starachowice, Tengger – West AWA z Kielc, Zakład stolarski „Jodła” – Serwis i Zurych – Fundusz Emerytalny.Wszystkim patronom i sponsorom oraz strażakom, firmie ochroniarskiej i pracownikom urzędu Gminy w Nowej Słupi składamy serdeczne podziękowanie.

Dzięki Waszej hojności i pracy mieliśmy możliwość zorganizować XXXIV Dymarki Świętokrzyskie.


„Echo Dnia”, 4 września 2000 r., Nr 205 (7334), str. 1, 9.

„POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI”
Z głębokiego szybu wydrążonego w ziemi wychodzą zmęczeni górnicy z całodniowym urobkiem rudy, niezbędnej do wytopu żelaza. Nieopodal ich współtowarzysze rozniecili już ogień w dymarkach i czekają na tę rudę.

W sobie tylko znany sposób umieszczają je tam razem z węglem drzewnym i będą czekać aż wytopi się żelazo. Krzątają się teraz w zgrzebnych lnianych ubraniach i dmą miechy, cierpliwie przygotowując dymarki.

Przygląda się im tłum ludzi z aparatami fotograficznymi i kamerami, dopytują o tajniki wytopu, bo nie jest to kadr z filmu, ale inscenizacja wioski starożytnych hutników z Gór Świętokrzyskich.W tym roku organizatorzy XXXIV Dymarek Świętokrzyskich zafundowali nam najprawdziwszy powrót do przeszłości.

W sobotę i niedzielę w Nowej Słupi przenieśliśmy się w czasy pierwszych wieków naszej ery, kiedy to Kielecczyzna żelazem stała.Mieszkali tu wtedy starożytni hutnicy, produkujący żelazo dla odległych prowincji rzymskich i na oręż dla barbarzyńców walczących z Rzymem. Lata te to okres wpływów rzymskich, a kulturę ludzi zamieszkujących te hutnicze osady na terenach całych Gór Świętokrzyskich i część doliny Nidy nazwano przeworską.

Zapraszamy zatem na wyprawę w czasie, do Przeworskiem wioski starożytnych hutników. Odwiedzimy ich w pracy i w domu, podpatrzymy jak gotowali strawę, robili buty i jubilerskie ozdoby, tkali i wytapiali żelazo.W Nowej Słupi stanęła starożytna hutnicza wioska.


„PRZEKRÓJ”
9 września 2001r. Numer 36/2933

„Tajemnice żużlowych kloców”
Dwa tysiące lat temu hutnicy z Gór Świętokrzyskich wytapiali żelazo metodą, której nikomu nie udało się odtworzyć.

To jedna z wielu pasjonujących zagadek cywilizacji. Starają się ją wyjaśnić archeolodzy i naukowcy z Wydziału Metalurgii i Inżynierii Materiałowej krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej.

Profesor Kazimierz Bielenin zagłębia tajemnice starożytnego hutnictwa w Górach Świętokrzyskich od ponad 40 lat. Był młodym pracownikiem Muzeum Archeologicznego w Krakowie , kiedy w 1955 r. wykładowca AGH, inż. Mieczysław Radwan, poinformował dyrekcję muzeum, że na północnych stokach Gór Świętokrzyskich spotyka się przy drogach wyorane z pól dziwne kloce żużlowe, które być może są śladami starożytnego hutnictwa.

Żużel nie był wtedy gratką dla archeologów. Co innego zapinka lub miecz. Ale inż. Radwan, zanim trafił na AGH, był metalurgiem-praktykiem, głównym technologiem huty w Ostrowcu, wicedyrektorem huty „ Pokój”. Zbadał kloce żużla, które chłopi wyorywali na polach, zwozili do huty w starachowicach i sprzedawali po 10 zł za tonę. Zawierały 50 proc. żelaza.

Były doskonałym surowcem do wytopu. Mieczysław Radwan zadał sobie pytanie, jaka to technologia wytopu i z jakich czasów pozostawiła po sobie tak wyrażny ślad? Pojechał wraz z metalurgiem na rekonesans w Góry Świętokrzyskie. Tak zaczęła się dla profesorów Mieczysława Radwana i Kazimierz Bielenina przygoda ze starożytnym hutnictwem. Ich odkrycia mają duże znaczenie. Okazało się, że na północnych stokach Gór Świętokrzyskich istniał prężny ośrodek metalurgiczny.

Piece wykorzystywano tylko raz. Po każdym wytopie żelaza pozostawał ślad w postaci kloca żużla. Na podstawie znalezionych śladów piecowisk oszacowano, że w pierwszych wiekach naszej ery działało tu około 300 tyś. Pieców dymarskich. Produkcja żelaza była tak duża, że wykraczała poza potrzeby lokalnych społeczności.

Żelaza ponad miarę.
Średni warsztat hutniczy miał 60-80 piecowisk. Są takie, gdzie odkryto ich 200, a nawet więcej. Do jednego pieca wkładano 200 kg rudy. Należało ją wykopać i wozem zaprzężonym w woły przewieżć kilka kilogramów z kopalni.

Trzeba też było ściąć i przetransportować drzewa, przygotować węgiel drzewny.Żelazo było produktem strategicznym, drogim i poszukiwanym. Jeden wytop dawał około 20 kg. Ze stu pieców – dwie tony. A na jeden miecz wystarczał kilogram. Więc ktoś musiał organizować produkcję i rynek zbytu.Zagadek jest więcej. Dlaczego jedne warsztaty liczą 60 piecowisk, a inne 200? Dlaczego rozmieszczone są na północ od Kamiennej, między Bodzentynem a Opatowem? Archeolodzy szukają też odpowiedzi na pytanie, gdzie trafiło żelazo wytopione w Górach Świętokrzyskich i jaki był związek świętokrzyskich dymarzy z Imperium Rzymskim?

W obrębie osad odkrywa się srebrne denary Wespazjan I krajan z i w.n.e. Znajdowane są też skarby monet w Kamiennej. Czy więc może skarb 5 tyś. Denarów z Nietuliska Małego był depozytem przygotowanym dla odbiorcy nad Kamienną jako ekwiwalent za żelazo? . Wiele wskazuje , że docierało ono na teren prowincji rzymskich, na pewno o świętokrzyskiej produkcji Rzymianie sporo wiedzieli.

Żelazo mogło też służyć do produkcji broni dla barbarzyńskich plemion w czasie ich zmagań z Rzymem.Dr. Szymon Orzechowski, archeolog, przewodniczący Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Dziedzictwa Przemysłowego, który kontynuuje badania prof. Bielenina, przypuszcza, że żelazo z Gór Świętokrzyskich mogło trafić nie tylko na południe, ale także, po upadku hut na Mazowszu, w strefę północną, do Gotów.Łamigłówkę rozwiązują metalurdzy i specjaliści inżynierii materiałowej.

W starożytnych piecach dymarskich, gdzie ruda przechodziła proces redukcji, żużel zbierał się w zagłębionej w ziemi kotlince, a łupka żelaza kształtowała się nad żużlem. Starożytni hutnicy po prostu odkuwali, a kloc żużla pozostawał w ziemi jako ślad po piecu.

Upłynnić żużel.
Dziś nikt na świecie nie umie tak wytopić żelaza w piecu kotlinkowym.Choć znamy podstawy teoretyczne procesu, podczas próby wytopu starożytną metodą zamiast łupki powstaje z żużlowa bryła, w której zawieszone są ziarna żelaza. Nad uzyskaniem kloca żużla w piecu kotlinkowym pracują dr Ireneusz Suliga i dr hab. Mirosław Karbowniczek z Wydziału Metalurgii i InżynieriiMateriałowej AGH.

Przekładają wiedzę archeologów na proces metalurgiczny. Stosują taką samą rudę jak w starożytności i jak sam węgiel drzewny. Budują dymarki z gliny. Eksperymentują. Mierzą temperaturę przepływu powietrza w piecu. Szukają topnika, który pozwoli upłynnić żużel.Rzecz w tym, że w starożytnym żużlu nie ma śladów topnika. Więc może jest jakiś naturalny? W ubiegłym roku przeprowadzili próby z popiołem z paproci: spalili ich ogromne ilości, i nic z tego.

Coś upłynniało żużel w taki sposób, że osadzał się na dnie. Tylko co?- pyta dr Jerzy Suliga. W kotlince pieca możemy osiągnąć 800 stopni. Powinno być więcej, żeby upłynnił się żużel, ale nie więcej niż 1250, bo wtedy upłynni się żelazo . Może w dawnych czasach wyższa była zawartość tlenu w powietrzu i w piecu osiągano wyższą temperaturę?

Więc sztucznie napowietrzany piec i badany przepływ powietrza.W eksperymencie chodzi o to, żeby uzyskać żelazo metodą redukcji bezpośredniej – bez fazy ciekłej. To nie zelaż ma stać się surówką i spłynąć na dno ( jak we współczesnych metodach hutniczych), ale żużel, jak w starożytności. Idzie o znalezienie metody znanej dwa tysiące lat temu, a której nie potrafimy dziś zastosować.Eksperyment jest wpisany w program badawczy AGH. Założenie – zrekonstruowanie procesu dymarskiego. Po co? Dla dobra nauki.
MAREK MACIĄGOWSKI


W Nowej Słupi w sobotę i niedzielę stanęły chaty z drewnianej plecionki kryte słomianymi strzechami.

Zamieszkiwali w nich ludzie, kobiety z dziećmi i mężczyźni. Wszyscy ubrani w zgrzebne szaty o prostym kroju, ręcznie szyte buty i popularne wówczas ozdoby ze skóry i żelaza. Mamy wrażenie jakbyśmy znaleźli się w środku teatralnego widowiska.W pierszej chacie dwie kobiety przygotowują właśnie obiad dla swoich mężów hutników.

Mięso to dzika świnia. W pierwszych wiekach naszej ery nie mieszkały one w obórkach przy domach, ale ganiały wolne po lasach chaszczach. Żeby je zjeść, trzeba było najpierw upolować. Kobiety kroją mięso żelaznymi nożami, obok widzimy marchewkę, pietruszkę i kapustę. W drewnianej niecce grubo zmielona w żarnach mąka. Jedno z najlepiej zachowanych żaren obrotowych znalazł dwa lata temu w osadzie kultury Przeworskiem w Pokrzywnicy, kilka kilometrów od Nowej Słupi, Szymon Orzechowski, szef Wydziału Archeologicznego Państwowej Służby Ochrony Zabytków w Kielcach.

Pochodzą z końca II wieku n.e. Uprawiano wówczas już pszenicę i żyto. Kilka kroków dalej pracują w swych warsztatach brązownicy, srebrnicy i złotnicy. – Stosujemy metodę na wosk tracony – tłumaczy Michał Majcher, archeolog z Warszawy przebrany za starożytnego brązownika. – kształt przedmiotu, który chcemy odlać, modelujemy w wosku pszczelim. Potem model oblepia się gliną i wygrzewa w ognisku. Wosk się wytapia i wypala. Zostaje po nim puste miejsce w glinie – forma w którą wlewamy roztopione brąz, srebro, złoto – demonstruje archeolog. – Żeby uzyskać większą temperaturę używano miechów – dmie w węgle żarzące się w ognisku.

Jakiś malec przechyla się przez ogrodzenie chałupy i z niedowierzaniem dotyka brązowej zapinki w na pół rozłupanej, ciepłej jeszcze glinie.

Obok pracuje kowal, robi sprzączkę do skórzanego pasa. Kowalem jest Wojciech Sławiński, konserwator zabytków z Warszawy. – Kowalstwo było czynnością magiczną. Kowal za pomocą ognia robił różne cuda, wyczarowywał coś z niczego. Do tej pory w Azji panuje przekonanie, że jest ważniejszy od szamana.

Dlatego, że kowal może połknąć duszę szamana, a szaman duszy kowala nie – śmieje się. – A ponad to jest to jeden z najstarszych zawodów na świecie.Tuż przy kowalu młody człowiek za pomocą stempla bije rzymskie monety, takie, jakie znajdowano na Kielecczyźnie podczas wykopalisk. – Takich monet nie bito tutaj, stempel był za trudny do zrobienia – tłumaczy –

Przywożono je z Cesarstwa Rzymskiego.Ale my już idziemy dalej, bo oto w następnej chacie widzimy pionowy warsztat tkacki. Metodami naszych pradziadów tka Katarzyna Szewczyk z Instytutu Archeologii UJ. – Tkaniny robiono wtedy z wełny i lnu – objaśnia. – Ciekawostką jest, że niektóre impregnowano, by chroniły przed deszczem, dodając sierść jeleniowatych. Filcowano, by były grubsze poprzez wielokrotne moczenie i suszenie.

Naszą uwagę przyciąga przedziwne narzędzie pozwalające na błyskawiczne wywiercenie otworu w zwierzęcej kości. – To wiertarka – pokazuje rogownik z pobliskiego warsztatu rogowieckiego., prezentując wiertarkę z kamiennym ostrzem, starszą sprzed epoki żelaza i z żelaznym wiertłem . ta ostatnia spięta jest cienkim drutem. – To wtedy robiono drut? – pytają zaciekawieni widzowie. – Oczywiście – odpowiada rogownik. – Co w tym trudnego, wystarczy gorące, giętkie żelazo przeciągnąć przez niewielki otworek.

Odwiedziliśmy jeszcze rzemieślnika szyjącego buty i odzianie ze skóry żelazną igłą i oczywiście hutników wytapiających żelazo. W hutników i rzemieślników wcielili się kieleccy archeolodzy i ich rodziny oraz Bractwo rzemiosł Dawnych „Ars Replica” z Warszawy.

Żeby tradycji stało się zadość, słychać było celtycką muzykę, która ma te same korzenie. W tradycyjnych strojach wystąpiły: „Carrantuohill”, „Comhlan”, „Kwartet Jorgi” i „Open Folk”. A że współczesność lubi splatać się z historią u stóp Przeworskiem wioski rozłożyli swoje kramiki twórcy ludowi z całej Kielecczyzny, którym z kolei przygrywały teraźniejsze zespoły ludowe.


Oprócz zabawy widzom zafundowano również część naukową. Metalurdzy z Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie przeprowadzili eksperymentalny wytop żelaza.

Do dymarki podłączyli specjalne urządzenia pomiarowe, by wydrzeć starożytnym hutnikom tajemnicę wytopu żelaza.Nad całością czuwał prof. Kazimierz Bielenin z Muzeum Archeologicznego w Krakowie, nestor badań nad starożytnym hutnictwem na Kielecczyźnie.

A organizatorami byli: Świętokrzyskie Stowarzyszenie Dziedzictwa Przemysłowego w Kielcach, Gmina Nowa Śłupia. Finansowali je generalny konserwator zabytków w Warszawie i świętokrzyski Konserwator zabytków.
Dorota KOSIARKIEWICZ


„Słowo Ludu”, 4 września 2000 r., Nr 205, str. 8.

Tajemnice wytopu żelaza, łazanki z kapustą i buty ze skóry
W czasie 34. już Dymarek Świętokrzyskich archeolodzy opowiadali publiczności, jak żyli ludzie w Górach świętokrzyskich w II i III wieku.

Najważniejszym pokazem była, oczywiście, prezentacja stosowanej w tamtych wiekach metoda wytopu żelaza. W centrum dymarkowego miasteczka odtworzono charakterystyczne dla świętokrzyskiego okręgu tzw. piecowisko uporządkowane, składające się z odpowiednio uszeregowanego zespołów pieców.

Był to kiedyś bardzo skomplikowany proces metalurgiczny, którego odtworzenie dotychczas nastręcza naukowcom wielu problemów. Niezależnie od tej demonstracji, naukowego eksperymentu wytopu żelaza podjęli się naukowcy z Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie.– Zrekonstruowaliśmy taką samą dymarkę, jakich używano dwa tysiące lat temu i będziemy kontrolować temperaturę, skład wydzielanych przez piec gazów, dozowanie powietrza. Ciągle nie wiemy do końca, jak ówczesnym ludziom, przy użyciu tak prostych urządzeń udawało się uzyskiwać wysokiej jakości produkt – informuje dr inż. Ireneusz Suliga z Wydziału Metalurgii i Inżynierii Materiałowej AGH.

Nie zabrakło też atrakcji dla mniej zainteresowanych wytopem żelaza. Odtworzono chatę z tamtego okresu i odbywające się w jej obrębie gospodarskie zajęcia, wyrób ówczesnej biżuterii, pracę szewca, warsztat garncarza.Przed półziemianką, wykonaną z plecionych gałęzi, z wejściem zasłoniętym skórą archeolog z warszawskiego Stowarzyszenia „Ars Replica” Katarzyna Ampt przygotowywała posiłek.

Były to łazanki z mięsem i kapustą.– Z badań archeologicznych wiadomo, jakie produkty spożywano, choć do końca nie orientujemy się, jak wyglądały ówczesne dania – mówi Katarzyna Ampt. – Z pewnością były to posiłki proste i sycące..Pomagała jej Agnieszka Karchut, archeolog z Krakowa, która demonstrowała m.in. mielenie zboża w żarnach i pokazywała naczynia, używane w ówczesnych domostwach. – Są to skromnie zdobione gliniane garnki, w których się jadło i przyrządzało posiłki – mówi. – dostojniejszym gościom podawano jedzenie w ciemnych, bardziej eleganckich naczyniach, pokrytych dla ozdoby warstwą grafitu.

Na jednym ze stoisk można było obejrzeć repliki ówczesnych srebrnych ozdób. Najczęściej miały kształt ozdobnego krzyża (ruskie i skandynawskie) lub zwierząt, będących ulubionym motywem celtyckim.

Zawieszali je na szyi mężczyźni, natomiast kobiety nosiły zausznice i ozdoby przypięte do pasa.Trzecioklasistka ze Starachowic Monika Jaszewska uczyła się, podobnie jak kilkoro innych dzieci wyrabiać na kole garnki.

Obok zorganizowano warsztat, gdzie tradycyjną metodą wyrabiano zapinki i mosiężne bransoletki. Archeolog z Warszawy Marcin Osojca szył ze skóry buty. Wyglądały na bardzo delikatne i na dzisiejszych drogach pewnie by się rozpadły już po tygodniu.– Mimo to te buty były dość trwałe, tym bardziej, że wtedy poruszano się po miękkim podłożu – twierdzi archeolog. – Aby je wzmocnić, cholewki natłuszczano, a podeszwy smołowano.Jak zawsze w czasie dymarkowego święta, do Nowej Słupi ściągnęły tłumy turystów. Dodatkową atrakcją były dla nich stoiska ze świątkami, glinianymi garnkami, tradycyjnymi ludowymi zabawkami, wiklinowymi koszami.

Sumą 30 tysięcy złotych wspomogli, po połowie organizację „dymarek” – wojewódzki i generalny konserwator zabytków.

„Dymarkom” patronowało „Słowo Ludu”
EWA ZIÓŁKOWSKA


Gazeta Wyborcza/ Gazeta w Kielcach/ Co jest grane 1 września 2000 r.
„KUJMY ŻELAZO…”

XXXIV Dymarki Świętokrzyskie
W sobotę i niedzielę w Nowej Słupi znów ożyją piecowiska sprzed dwóch tysięcy lat. Chociaż nie udało się potwierdzić hipotezy, jakoby nasi przodkowie wyrabiali żelazne pancerze i broń dla Rzymian, to nie ulega wątpliwości, że kultura, która opanowała w perfekcyjny sposób wytapianie żelaza, musiała stać na bardzo wysokim poziomie.

ATRAKCYJNE „dymarki”

W Górach Świętokrzyskich na przełomie starej i nowej ery działało centrum hutnicze – jedno z największych w barbarzyńskiej Europie. W ciągu 50 lat archeolodzy odkryli blisko czterysta tysięcy ziemnych pieców dymarkowskich, w których nasi przodkowie przetopili ponad 8 tys. ton rudy żelaza.

Odbiorcami były prawdopodobnie plemiona barbarzyńskie handlujące z Rzymianami. Do dziś pozostaje tajemnicą, w jaki sposób naszym hutnikom udało się przy użyciu bardzo prostych urządzeń uzyskać żelazo tak wysokiej jakości.

W trakcie tegorocznych, 34 Dymarek Świętokrzyskich najważniejszym punktem programu będą oczywiście pokazy uzyskiwania żelaza. Ale również dużą atrakcją będą pokazy życia codziennego ówczesnych mieszkańców Gór Świętokrzyskich.

Wśród drewnianych wiat i chat krzątać się będą niewiasty, warzące jadło i napitki zgodnie z pradawnymi recepturami. Na miejscu przygotowywane będą również niektóre półprodukty, np. mąka na podpłomyki mielona z ziaren zbóż w prymitywnych żarnach kamiennych.

Dla zwiedzających nie zabraknie również pieczonej dziczyzny.Dymarki to również występy znanych zespołów folkowych, kapel ludowych oraz parodystów i muzyków. Swój przyjazd potwierdzili m.in. Małgorzata Ostrowska z nowym zespołem, Andrzej Rosiewicz z programem kabaretowo-muzycznym „Disco – Rżysko – Kalifornia” oraz znany parodysta Waldemar Ochnia.

Zatańczy również zespół tańca celtyckiego z Krakowa Comhlan i grupa folkowa Carrantuohill. Będzie też wiele atrakcji dla dzieci.
KAS